Budujemy, Inspiracje

Dom – Filip Chajzer inwestorem

Filip Chajzer 7 minut czytania

Pierwszy dom dla wroga, drugi dla przyjaciela, trzeci dla siebie… Ile razy ja słyszałem to zdanie będąc początkującym inwestorem. BA! Średniozaawansowanym i zupełnie zaawansowanym też. Powtarza to każdy, kto ma to już za sobą. Ja więcej nie chcę mieć i w sumie to już mogę zostać sam sobie wrogiem, bo taki numer w życiu można zrobić raz. Raz w życiu w ciągu jednego roku można zostać ekspertem w każdej dziedzinie związanej z technologią budowy domu. To jest jakiś kosmos! Kiedy tylko zdobyłeś profesurę w sprawie wyboru technologii murowania, nagle musisz zostać specjalistą od ogrzewania, a jeden mikrokosmos otwiera wrota do kolejnego. Weźmy ocieplenie domu. Styropian czy wełna ?

Długie zimowe wieczory zajmuje Ci przewertowanie w internecie specjalistycznych opracowań dotyczących różnic między technologiami. W końcu podejmujesz decyzję. Wełna skalna ROCKWOOL ! To co? Nic tylko pójść do sklepu i kupić… Figa z makiem. Ty drogi inwestorze otworzyłeś sobie drzwi do kolejnego levelu wtajemniczenia, bo kolejne tygodnie zajmie Ci wybór tej jednej jedynej, najbardziej dopasowanej do Twojego domu. A co jest w tym wszystkim najlepsze ? To, że ilu doradców byś nie miał, to i tak wybór ostatecznie należy do inwestora. Na pocieszenie dodam tylko, że słowo inwestor brzmi bardzo dumnie. Największą dumą inwestora jest jednak dzień, w którym zmienia swój status na… właściciela domu. Tego domu, któremu oddał tyle serca, nerwów, tego, który jeszcze przed chwilą był placem budowy, a dziś zamiast kaloszy, proponujesz gościom kapcie. I tak zapełnia się to dzieło Twojego życia kolejnymi szafkami, garnkami, biurkami dzieci i zasłonami. Siadam więc na pachnącej nowością kanapie i myślę, co zmieniłbym dziś, gdybym mógł cofnąć się w czasie.

Pewnie wielkość… Przegiąłem i mam tego pełną świadomość. Tylko, że jestem sam dla siebie wyrozumiały. Całe życie mieszkałem w bloku, a właściwie to kolejnych blokach. Średni metraż mojego 34-letniego życia to jakieś… niecałe 60 metrów kwadratowych. Znacie to uczucie, kiedy wchodzicie koszmarnie głodni do restauracji i wpadacie w amok zamawiania? Oczywiście wasze możliwości skończą się po przystawce i zupie, a każda kolejna realizacja zamówienia przez kelnera będzie ocierać się o coś pomiędzy gastronomiczną patologią, a grzechem ciężkim, ale i tak nikt by Ci nie wytłumaczył, że tak się to skończy. No nic, jakoś się to ogrzeje, szczególnie, że wracając do wełny, udało mi się dzięki firmie ROCKWOOL stworzyć dom ciepły zimą i chłodny latem. Jak by nie było, dobre ocieplenie, to mniej smogu – im więcej ciepła zimą zostanie w domu, tym mniej trzeba będzie go napchać w kaloryfery bądź podłogówkę, a to przekłada się na rachunki i emisję zanieczyszczeń. Moje ulubione ciepło to jednak kominek. Przez pierwszy tydzień po przeprowadzce zasypiałem obok niego dzień w dzień, cieszyłem się jak dziecko. Teraz dalej się cieszę, ale już nie tak obsesyjnie. Poza tym wiadomo, ekologia. Kawa natomiast robi się sama. Codziennie rano w ekspresie. Można ją wypić na tarasie, patrząc na drzewa i słuchając ptaków. Oczywiście nie ukrywam, że jeszcze bardziej słychać koparkę przesypującą ziemię na której kiedyś wyrośnie trawa, ale mniejsza o to, jestem wizjonerem, trawę widzę przy kawie oczami wyobraźni.

Moja wyobraźnia nie ogarnia już natomiast powrotu do bloku. Wybór między 100 metrowym mieszkaniem w Warszawie, a ponad dwa razy większym domem na wsi (wg rachunku ekonomicznego podobny koszt) poprzedziła tabelka plusów i minusów. Zawsze robię ją przed podjęciem strategicznej decyzji. Po stronie minusów domu stała tylko jedna mała pozioma kreseczka, ta z dopiskiem DOJAZD. Oczywiście wszędzie się teraz spóźniam, bo wiecznie zapominam założyć dodatkowe pół godziny na dojazd z mojej wsi, ale szczęśliwi podobno czasu nie liczą. A ja jestem teraz bardzo szczęśliwy.